2015 Wyprawa dookoła Polski – Rafał Myszkowski

2015 Wyprawa dookoła Polski – Rafał Myszkowski

Category : Informacja

Wyprawa dookoła PolskiRafał Myszkowski (start: 7 czerwca 2015 r.)

Wstęp

Po przejechaniu ponad 200 maratonów rowerowych pomyślałem, że czas zrobić coś innego, coś wymagającego większej determinacji i znacznie trudniejszego. Tak właśnie powstał pomysł objechania Polski na rowerze. Plan był prosty, objechać cały kraj dookoła, trzymając się możliwie jak najbliżej granicy. Postanowiłem do tego celu wykorzystać mojego starego górala. Założyłem do niego wąskie opony, bagażnik z sakwami i wygodną kierownicę. Wymieniłem też cały napęd, hamulce i stery, także rower stał się sprzętem na którym mogę polegać. Przez ostatnie pół roku codziennie objeżdżałem całą trasę palcem po mapie. Wyznaczałem miejsca postoju, zwiedzania, jedzenia i rozrywek.
Trasa przygotowana, rower gotowy do jazdy, dzień wyjazdu zbliżał się wielkimi krokami.

11418208_506956069455064_824743456_n

 

Dzień startu • 07.06.2015r. – Niedziela

Wreszcie nastał dzień wyjazdu. Pobudka o 6 rano, muszę się jeszcze spakować, jak zwykle wszystko na ostatnią chwilę. Planowałam ruszyć o 7:30 tak żeby dojechać na 8:00 do Gassów na prom, ale zanim się spakowałem było już po ósmej. W końcu udało się ruszyć. Trasę miałem wcześniej zaplanowaną, lecz wczoraj zadzwonił Tomek i powiedział mi że jedzie ze znajomymi do Jeruzala. Postanowiłem zmodyfikować nieco trasę i pojechać z nimi. Jestem już spóźniony więc jadę szybko. W Gassach czekam chwilę na prom. Dzwoni Tomek i mówi że jest już w Otwocku. Po chwili jestem na drugim brzegu Wisły, Tomek ze znajomymi czekają na mnie przy drodze na Celestynów. Teraz jedziemy większą grupą. Mijamy Kołbiel by dotrzeć do Siennicy gdzie robimy krótką przerwę. Po ustaleniu trasy ruszamy dalej. Za miejscowością Kuflew w odległości kilkuset metrów od głównej drogi mijamy dziwny obelisk, widziałem go z daleka w czasie poprzedniej wycieczki ale nie miałem wtedy czasu bliżej mu się przyjrzeć. Teraz nadarzyła się okazja, zbaczamy z głównej drogi w kierunku tajemniczego obelisku. Okazało się, że jest to pomnik postawiony w podzięce Świętemu Antoniemu przez Weronikę z Łęckich Dąbrowską. Z tego miejsca do Jeruzala zostało już tylko kilka kilometrów, gdzie robimy dłuższą przerwę na posiłek. Po przerwie ruszam dalej sam, Tomek ze znajomymi wracają do domu. Jest gorąco, wiatr delikatnie pomaga w jeździe. Przez Siedlce przejeżdżam bez zatrzymania. Dopiero w Mordach robię postój żeby zobaczyć pałac Ciecierskich. Niestety, pałac jest własnością prywatną i nie jest udostępniony zwiedzającym. Nie tracąc czasu ruszam przed siebie. Tuż za Mordami uchodzi mi powietrze z tylnego koła, pewnie gdzieś przy pałacu wjechałem na szkło. Szybka wymiana dętki i jadę dalej. W Łosicach chciałem zjeść obiad ale nie było żadnej knajpy. Zjadłem więc zapasy z domu i kontynuowałem jazdę na wschód do Konstantynowa gdzie skręciłem na północ w kierunku promu Gnojno-Niemirów na Bugu. Do Gnojna dotarłem po 18, niestety sklep był już zamknięty. Musiałem jechać do oddalonej o kilka kilometrów wsi Borsuki. Z zapasami wróciłem nad Bug. Przy promie jest altana i grill. Rozpaliłem ogień i upiekłem i zjadłem kiełbasę zakupioną w Borsukach. Dziś prom już nie kursuje, więc czas rozbić obóz i nieco wypocząć. Zająłem się rozkładaniem mojego niewielkiego namiotu…

11426562_506955496121788_1063240692_n

1

Dzień drugi • 08.06.2015r. – Poniedziałek

Drugiego dnia obudziła mnie cisza. Nie było słychać żadnych odgłosów cywilizacji, jedynie śpiew ptaków i krowy prowadzone na pastwisko. Zwijam obozowisko i widzę że na drugim brzegu Bugu obsługa promu szykuje się do pracy. Zjadam śniadanie i jestem gotowy do jazdy. Przeprawa promem trwa kilka minut bo prom napędzany jest ręcznie, w obszarze natura2000 nie wolno używać silników spalinowych. Dobijamy do drugiego brzegu i ruszam powoli przez wieś dziurawym asfaltem. Za Niemirowem pomyślałem, że pojadę na skróty przez las. Początkowo szeroki szuter zmienia się w wąską piaszczystą dróżkę, momentami muszę prowadzić rower po piachu. Po kilku kilometrach walki z tym piachem docieram do asfaltu, skręcam w prawo w kierunku granicy. Po kolejnych kilku kilometrach drogę zagradza szlaban, dalej już nie pojadę. Nieopodal drogi, nieco zagubiona w gęstym bagnistym lesie stoi cerkiew w Tokarach. Dalej jadę asfaltową drogą wzdłuż granicy, raz polami raz przez las mijając kolejne wsie. Po dotarciu do Czeremchy skręcam na drogę krajową w kierunku Bielska Podlaskiego. O bliskości granicy przypominają dwujęzyczne nazwy miejscowości. Po dotarciu do Bielska Podlaskiego wjeżdżam na rynek, gdzie nagrywany był mój ulubiony film „Znachor”. Napis nad sklepem w którym pracowała Marysia, w tej roli Anna Dymna, jednym zdaniem oddaje przesłanie filmu. Brzmi on „dobroć, miłość, uczciwość i praca to najwyższe i nie przemijające wartości”. Niestety Bielsk Podlaski nie przypomina już tego małego miasteczka zagubionego gdzieś daleko na prowincji. Nieco zawiedziony ruszam w kierunku zalewu Siemianówka, po drodze mijając kilka zadbanych cerkwi. Chcąc przyjrzeć się jednej z bliska najeżdżam na krawężnik i po chwili zauważam za schodzi mi powietrze z koła. Przejechałem jeszcze może z kilometr ale powietrze prawie uszło, więc dopompowałem koło i pojechałem dalej. Niestety, po kilku kolejnych kilometrach powietrze znów zeszło. Pozostało mi jedno wyjście, wymienić dętkę, już drugi dzień z rzędu. Będzie trzeba uzupełnić zapasy. Po dojechaniu nad zalew Siemianówka zacząłem rozglądać się za miejscem na nocleg, ale okolica zalewu wydawała mi się jakaś opuszczona. Gdy już myślałem że nie znajdę tu noclegu trafiłem na gminną plażę z bieżącą wodą, toaletami i wieżą widokową z której rozpościerał się widok na całą okolicę. Wieża posłuży mi dziś za nocleg, zająłem apartament na pierwszym piętrze…

11429012_506956502788354_1063753895_n

2

Dzień trzeci • 09.06.2015r. – Wtorek

Noc w moim apartamencie minęła spokojnie. Dziś obudził mnie pociąg jadący na Białoruś gdzieś na drugim końcu zalewu Siemianówka. Niespiesznie zjadłem śniadanie, w międzyczasie porozmawiałem o okolicy z człowiekiem zajmującym się tym terenem. Po 8 ruszyłem w drogę. Na mapie znalazłem drogę przy samej granicy na której wydawało mi się że będzie asfalt i tak było przez pierwsze kilometry. Niestety za miejscowością Jałówka asfalt się skończył. Dalej jechałem po szutrze, który miejscami zmieniał się w kocie łby, jechało się nieprzyjemne. Musiałem się zatrzymać i dokręcić bagażnik który poluzował się na wybojach. W jednej z mijanych wsi spotkałem miejscowego rowerzystę, któremu spodobał się mój rower. Na początku myślałem że wjechałem na Białoruś bo rowerzysta miał mocno wschodni akcent. Zapytał: „skąd ty pryjechał?”, a gdy mu odpowiedziałem rzekł: „o, to daliko”. Jeszcze chwilę rozmawialiśmy i pojechałem dalej. Po paru kilometrach dojechałem do przejścia granicznego w Bobrownikach. Przeciąłem główna drogę na wprost i ku mojej radości dalej pojechałem już asfaltem w kierunku Kruszynian. Niestety po pewnym czasie asfalt znów się skończył, kolejna kilometry pokonałem szerokim szutrem. Dopiero przed Kruszynianami pojawił się nowy równy asfalt. We wspomnianych Kruszynianach zobaczyłem drewniany meczet który akurat był w remoncie. Nieco rozczarowany tym faktem ruszyłem w kierunku miejscowości Krynki, gdzie skręciłem na drogę wojewódzką do Sokółki. Droga prowadziła po otwartej przestrzeni i musiałem jechać pod wiatr, którego miałem już dość. W Sokółce zatrzymałem się na obiad. Gdy nabrałem sił pojechałem do Lipska. Z daleka zobaczyłem wieże kościoła parafialnego, które górowały nad okolicą. Wiatr cały czas utrudniał podróż, dopiero za miejscowością Skieblewo droga wjechała w las. Było już po 18, do miejscowości Płaska gdzie planowałem nocleg miałem jeszcze ok. 20km. Osłonięty od wiatru nabrałem prędkości i myślami byłem już na polu namiotowym gdzieś w okolicy Płaski. aż tu nagle znowu kapeć. Co za pech, trzeci dzień i trzeci kapeć. Została mi tylko jedna dętka. Cała procedura zmiany dętki razem ze zdejmowaniem sakw zajmuje mi kilkanaście minut. Tym razem przyczyną awarii była ostra krawędź obręczy. Robi się późno a ja jestem pośrodku Puszczy Augustowskiej, do celu dzisiejszego dnia jeszcze kilkanaście kilometrów. W Płaskiej jestem o 19, niestety obydwa sklepy są już zamknięte a ja nie mam nic do jedzenia. Jadę dalej do kolejnej wsi, gdzie sklep też jest zamknięty. Jakby tego było mało zaczyna kropić. Dopiero we wsi Serwy znajduję otwarty sklep, robię zapasy na kolacje i śniadanie. Teraz muszę jeszcze znaleźć nocleg, ale nie myślę już o polu namiotowym tylko o ciepłym pokoju z bieżącą wodą. Serwy to miejscowość wypoczynkowa, więc dość szybko udaje mi się znaleźć kwaterę. Po długim dniu czas na odpoczynek, wreszcie w ludzkich warunkach…

11414709_506957122788292_1079405836_n

3

Dzień czwarty • 10.06.2015r. – Środa

A po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój tak i po wczorajszej nerwowej końcówce dnia, dziś nastał słoneczny poranek. Przed godziną 9 byłem gotowy do jazdy. Najpierw lokalną drogą a potem krajową 16 ruszyłem w stronę Sejn, gdzie zrobiłem sobie krótką przerwę na zwiedzanie miasta i wizytę w sklepie rowerowym. W sklepie kupiłem zapasową dętkę i izolację do owinięcia obręczy, bo wiedziałem za kolejny kapeć jest kwestią czasu. Za Sejnami nie miałem ustalonej konkretnej trasy. W mieście znalazłem tablicę z opisami szlaków rowerowych i postanowiłem pojechać szlakiem wzdłuż jeziora Gaładuś. Mimo, że tradycyjnie trafiłem na drogę szutrową z grząskim piaskiem, który nawet na zjazdach mnie spowalniał, warto było pojechać tym szlakiem. Okolica jeziora Gaładuś obfituje w ładne krajobrazy. Na końcu jeziora szlak skręcił na zachód. Miałem wrażenie, że wiatr też zmienił kierunek bo od samego rana nie ułatwiał mi jazdy. Dziś też spotkałem dwujęzyczne nazwy miejscowości, tym razem w języku polskim i litewskim. Skończyła mi się woda a po drodze nie było żadnego sklepu. Po paru kilometrach dojechałem do sklepu w którym akurat była wycieczka ze szkoły podstawowej. Przed sklepem i w środku było pełno dzieciaków. Po 10 minutach, kiedy już prawie zbliżałem się do kasy, jedno z dzieci zapytało wychowawczyni: „Proszę Pani, czy mogę jeszcze coś kupić?”. I zaczęło się czekanie od nowa. Na szczęście pani sklepowa sprawnie obsłużyła chmarę dzieciaków. Wreszcie uzupełniłem zapasy i mogłem jechać dalej. Powoli zbliżałem się do Puńska, który na mapie zaznaczony był jako warty odwiedzenia, ale w miasteczku nie znalazłem nic ciekawego. Kolejną miejscowością do której się zbliżałem były Szypliszki. Jest to mała miejscowość przy głównej drodze na Litwę, pomyślałem że tam znajdę coś do jedzenia. W środku wsi stał bar, w którym zjadłem ogromnego schabowego z zestawem surówek i frytkami. Po tak obfitym posiłku mogłem jechać dalej. Na szczęście za wsią droga prowadziła z górki tak, że szybko nabrałem prędkości. Przez kolejne kilometry droga prowadziła raz w górę, raz w dół, a ze wzniesień rozpościerał się widok na okolice. Przed Wiżajnami napotkałem największy podjazd tego dnia na szczycie którego ustawiona była wieża widokowa. Ze szczytu szybki zjazd do Wiżajn. Główna droga prowadziła do Gołdapi gdzie chciałem dojechać lecz skręciłem w boczną drogę, która prowadziła wokół jeziora Wiżajny. Ze względu na krajobrazy warto było nadłożyć drogi. Po paru kilometrach znów byłem w Wiżajnach, i tym razem pojechałem już w kierunku Gołdapi. Po drodze minąłem trójstyk granic Polski, Litwy i Rosji. W Żytkiejmach zrobiłem zakupy. Do Gołdapi dojechałem przed 19. Znałem pole namiotowe na którym już kiedyś nocowałem, więc pojechałem od razu w to miejsce. Na polu namiotowym spotkałem Wandę i Daniela z Kolbuszowej oraz Łukasza z Bydgoszczy, którzy tak jak ja podróżowali na rowerach po Polsce. Po paru minutach rozmowy miałem wrażenie że znamy się od zawsze. Szybko zaczęliśmy wymieniać się wrażeniami z jazdy, a moi nowi znajomi udzielali mi cennych wskazówek dotyczących podróżowania na rowerze. Rozmowy trwały do późna…

11421492_506957419454929_820078529_n

4

Dzień piąty • czwartek • 11.06.2015r.

Rano kontynuowaliśmy rozmowy o podróżach rowerowych. Gdyby nie to, że mieliśmy na dziś zaplanowane kolejne kilometry tras, pewnie przegadalibyśmy tak cały dzień. Jako pierwsi na trasę wyruszyli Wanda i Daniel, później ja z Łukaszem. Przez chwilę jechaliśmy razem. Na głównej drodze Łukasz skręcił na wschód a ja na zachód, być może jeszcze się spotkamy gdzieś w Bieszczadach. Z Gołdapi pojechałem boczną, wyboista drogą w kierunku miejscowości Banie Mazurskie gdzie zrobiłem sobie krótką przerwę na drugie śniadanie. Po przerwie udałem się w kierunku wielkich jezior mazurskich. Na wąskim przesmyku między jeziorami Mamry i Dargin przez chwilę liczyłem przepływające tamtędy żaglówki. Następnie zobaczyłem Wilczy Szaniec czyli kwaterę Hitlera, Kętrzyn i klasztor w Świętej Lipce. W Świętej Lipce zatrzymałem się na obiad. Ta miejscowość bardziej przypomina nadmorski kurort z mnóstwem straganów i tłumem turystów niż miejsce kultu religijnego. Natomiast zupełnym zaskoczeniem był dla mnie Reszel, gdzie jak zapewne wiecie odbył się w 1811 roku ostatni w Europie przypadek spalenia czarownicy na stosie. Ofiarą była niby wiedźma Barbara Zdunk, oskarżona notabene raczej o podpalenie, niż czary. Wiedziałem że jest tam jakiś zamek, ale okazało się, że jest tam mnóstwo ciekawych budowli. Oprócz zamku biskupiego, kościół farny, wiele urokliwych uliczek, zakamarków i mostków, a nad miastem unosi się klimat średniowiecza. Chętnie jeszcze tam wrócę. Zaczęło się robić późno, a chciałem dziś dojechać do Lidzbarka Warmińskiego. Na kilkanaście kilometrów przed Lidzbarkiem zatrzymałem się na zakupy. Pomyślałem, że na dziś już starczy jazdy i tak jak wczoraj radził mi Łukasz spróbuję noclegu na dziko. Nieopodal drogi którą jechałem biegła rozebrana linia kolejowa, było to idealne miejsce na rozbicie namiotu. Na ognisku upiekłem kupioną wcześniej kiełbasę i patrzyłem jak słońce rzuca coraz dłuższy cień na bujnie porośnięte warmińskie łąki…

11638097_506958269454844_353575811_n

5

Dzień szósty • piątek • 12.06.2015r.

Dziś wstałem wcześniej. Szybko ruszyłem w kierunku Lidzbarka Warmińskiego. Po paru kilometrach przez przypadek dojechałem do Sanktuarium Maryjnego w Stoczku Klasztornym. Tu odmiennie od Świętej Lipki panowała cisza. W tutejszym klasztorze w latach 1953-1954 internowany był Prymas Polski Kardynał Stefan Wyszyński. Wreszcie dojechałem do Lidzbarka Warmińskiego, gdzie zobaczyłem zamek biskupów warmińskich i kilka innych ciekawych obiektów. Następnym przystankiem było Pieniężno. Jest to miasto, którego nie ma. Większość zabudowy miasta została zniszczona w 1945 roku, zachował się kościół z końca XIX stulecia i częściowo zrekonstruowany ratusz. Słońce wznosiło się coraz wyżej, a ja po krótkiej przerwie ruszyłem w dalszą drogę. Przy sprzyjającym wietrze szybko pokonywałem kolejne kilometry. Na chwilę zatrzymałem się przy „Berlince”, starej niedokończonej niemieckiej autostradzie Berlin-Królewiec. Następnym miejscem do jakiego dotarłem było Braniewo. Przystanąłem na chwilę przy fontannie a gdy chciałem jechać dalej okazało się, że nie mam powietrza w tylnym kole. Nie było to dla mnie zaskoczeniem ale oznaczało kilkunastominutową przerwę. Przy zmianie dętki okleiłem obręcz taśmą którą kupiłem w Sejnach, teraz powinienem mieć spokój z defektami koła na jakiś czas. Po serwisie objechałem miasto i uzupełniłem zapasy. Następnie pojechałem do Fromborka i nieodległego Tolkmicka, gdzie zatrzymałem się na obiad. Po obiedzie planowałem popłynąć do Krynicy Morskiej, niestety następny kurs będzie po 17, więc na koniec wizyty w Tolkmicku wziąłem szybką kąpiel w zalewie Wiślanym. Dalsza droga do Elbląga prowadzi przez Park Krajobrazowy Wysoczyzny Elbląskiej, gdzie czeka na mnie pierwszy sprawdzian wytrzymałość. Droga wznosi się z poziomu morza na wysokość niemal 200 metrów. Po kilkunastu minutach mozolnego podjazdu byłem na szczycie, skąd czekał mnie długi zjazd do samego Elbląga. Przed Elblągiem zaczęło się chmurzyć. Od ostatniej mojej wizyty w Elblągu wyremontowano katedrę św. Mikołaja, odbudowano kilka kamieniczek i dwa mosty zwodzone na rzece Elbląg, ale do przywrócenia stanu sprzed drugiej wojny światowej potrzeba jeszcze wiele pracy. Dalej ruszyłem wzdłuż Nogatu do Myszewa i Nowego Stawu dawnej stolicy Żuław. W Nowym Stawie zachował się średniowieczny układ urbanistyczny. Było już późno i kropił deszcz, ale chciałem dojechać do Tczewa. Już z daleka widziałem most w Tczewie wybudowany w latach 1851-1857, który w tym czasie był najdłuższym mostem w Europie, o ciekawej konstrukcji kratownicy gęstożebrowej. Po przeprawie na drugi brzeg Wisły rozbiłem obóz u bram Tczewa, by nabrać sił przed jutrzejszym szturmem na miasto…

 

11638122_506958072788197_1457123680_n

6

Dzień siódmy • sobota • 13.06.2015r.

Rano, pendolino mknące do stolicy przez zabytkowy Tczewski most dało sygnał do szturmu na miasto. Główne uderzenie skierowałem na dworzec kolejowy. Dziś miał dojechać do mnie Tomek, niestety na pociąg który miał być w Tczewie około 11 nie było przewozu rowerów. Musieliśmy zmienić plan. Tomek znalazł miejsce w pociągu do Gdyni, przyjazd 17:47. Miałem dużo czasu, więc pomyślałem, że doładuje telefon na dworcu lecz nie znalazłem żadnego gniazdka z prądem. Niespiesznie ruszyłem w kierunku Gdyni. W Pruszczu Gdańskim zatrzymałem się na dworcu i tu już znalazłem prąd, więc mogłem podładować telefon i miałem czas na odpoczynek. Gdy naładowałem telefon i skończyła mi się czekolada ruszyłem w dalszą drogę. Przez Gdańsk przejechałem bez zatrzymywania, w Gdyni byłem przed 16. Miałem ponad dwie godziny do przyjazdu Tomka, więc zjadłem późny obiad. Pociąg przyjechał punktualnie, od razu ruszyliśmy w kierunku Pucka. Jeszcze w Gdyni czekał na nas stromy podjazd. Tomek pełen sił szybko mi odjechał, ale poczekał na szczycie. Kolejny podjazd był w miejscowości Mrzeżyno i tu sytuacja się powtórzyła. Przed 19 dojechaliśmy do Pucka i tu nastąpiła ceremonia zaślubin Tomka z morzem.
Pierwszą próbę dojechania nad morze podjęliśmy z Tomkiem w zeszłym roku, niestety tamta próba nie powiodła się. Teraz dokończyliśmy to, co wtedy się nie udało. Z Pucka ruszyliśmy do Swarzewa, gdzie zaczyna się droga rowerowa do Krokowej po śladzie nieistniejącej linii kolejowej. Na stacji Radoszewo zatrzymaliśmy się na nocleg…

11428553_506958609454810_1893878765_n

7

Dzień ósmy • niedziela • 14.06.2015r.

Pochmurny poranek nie zachęcał do jazdy, wiało i było zimno. Po śniadaniu ruszyliśmy jednak w stronę Krokowej. Tam odwiedziliśmy bankomat i sklep spożywczy. Z Krokowej pojechaliśmy nad jezioro Żarnowieckie. Nad jeziorem zatrzymaliśmy się w porcie, w miejscowości Nadole. Przed drugą wojną światową granica polsko-niemiecka przebiegała przez jezioro Żarnowieckie, a Nadole było jedyną polską miejscowością na zachodnim brzegu jeziora. Mieszkańcy wsi aby dostać się do kościoła w pobliskim Żarnowcu musieli przeprawiać się przez jezioro. Z Nadola dojechaliśmy do drogi na Słupsk, którą jechaliśmy przez kilkadziesiąt kilometrów walcząc z wiatrem. W zasadzie z wiatrem walczył Tomek, a ja walczyłem aby utrzymać się na jego kole. Gdybym jechał sam, już dawno zatrzymałbym się gdzieś na przystanek. Wreszcie skręciliśmy z głównej drogi w stronę jeziora Gardno. Za wsią skończył się asfalt i teraz jechaliśmy wyboistym szutrem. Na wybojach zobaczyłem że odkręcił mi się bagażnik a śruba go mocująca gdzieś wypadła. Postanowiłem przymocować bagażnik na opaskę zaciskową i tak dojechać do wsi aby poszukać pomocy. Po około kilometrze odkręciła się druga śruba. Bagażnik razem z sakwami zatrzymał się na kole przy okazji łamiąc błotnik. Nie wiem dlaczego nie sprawdziłem mocowania bagażnika gdy odkręciła się pierwsza śruba. Teraz bagażnik leżał na kole. Dalej tak nie pojadę. Tomek wpadł na pomysł, aby wykorzystać śruby mocujące koszyk na bidon. Na całe szczęście pasowały, mogliśmy jechać dalej. Po poru chwilach byliśmy w miejscowości Gardna Wielka nad jeziorem Gardno. Zatrzymaliśmy się na późny obiad. Od jeziora Gardno już niedaleko do Ustki. W Ustce jedziemy na plażę, która niestety jest akurat w remoncie. Robimy zakupy i szukamy noclegu. W końcu znajdujemy czynne pole namiotowe, choć właścicielka jest zdziwiona, że o tej porze roku ktoś do niej przyjechał. Mamy całe pole dla siebie. Teraz możemy rozpalić ognisko i odpocząć po ciężkim dniu…

11414563_506959249454746_213719952_n

8

Dzień dziewiąty • poniedziałek • 15.06.2015r

Po wczorajszym ciężkim dniu jakoś nie mogłem się zebrać do jazdy. Ruszyliśmy dopiero przed 10. Z głównej drogi skręciliśmy w prawo. Chcieliśmy pojechać do Jarosławca drogą nad morzem, ale okazało się że to teren poligonu wojskowego i akurat trwają ćwiczenia. Bocznymi drogami wróciliśmy na drogę do Darłowa. Po poru kilometrach znów zjechaliśmy z głównej drogi w kierunku Jarosławca. W czasie jazdy zaczęliśmy liczyć wiatraki i w pewnym momencie w zasięgu wzroku mieliśmy ich aż około 50 sztuk. Wszystkie zwrócone były w kierunku w którym jechaliśmy, czyli jechaliśmy jak zwykle pod wiatr. Ostatecznie nie skręciliśmy do Jarosławca bo musielibyśmy nadłożyć drogi. Skręciliśmy na południe co chwilowo dało ulgę od wiatru. Po dojechaniu do głównej drogi skręciliśmy w prawo w kierunku Darłowa. Wizytę w Darłowie zaczęliśmy od obejrzenia portu, gdzie też zatrzymaliśmy się na obiad. Po posiłku wróciliśmy do centrum Darłowa zobaczyć najstarszą cześć miasta. Dalej pojechaliśmy w kierunku jeziora Bukowo i jeziora Jamno gdzie jechaliśmy mierzeją oddzielającą je od morza. Tak dojechaliśmy do Mielna, a następnie do miejscowości Gąski gdzie na chwilę zatrzymaliśmy się nad morzem i pooglądaliśmy latarnię morską. Z Gąsek udaliśmy się na południe, do drogi krajowej prowadzącej do Kołobrzegu. Ostatnia prosta tego dnia wiodła nieprzyjemną ruchliwą ulicą. W Kołobrzegu byliśmy około 19, zrobiliśmy zakupy i pojechaliśmy na pole namiotowe. W przeciwieństwie do Ustki, tu na polu namiotowym panował tłok. Mnóstwo ludzi i samochodów, w większości z niemieckimi numerami rejestracyjnymi. Ale warunki były tak dobre, że mogliśmy spokojnie nabrać sił na następny dzień…

11428948_506959619454709_1870846901_n

9

Dzień dziesiąty • wtorek • 16.06.2015r

Po 9 dniach jazdy zaczynam czuć zmęczenie. Zanim przygotowałem się do jazdy było już po 10. Wreszcie ruszyliśmy. Dzień zaczęliśmy od zwiedzania Kołobrzegu. Najpierw bulwar nad morzem, potem latarnia morska i port. Od Kołobrzegu do Mrzeżyna jechaliśmy wzdłuż wybrzeża, by potem odbić od morza w kierunku Trzebiatowa. Przed miastem droga zawracała w stronę morza, my jednak postanowiliśmy zobaczyć miasto. Trzebiatów okazał się bardzo ciekawym miastem, z wieloma zabytkami. Niemal w całości zachowały się mury obronne o długości 1600 metrów oraz baszta prochowa. Po zwiedzeniu miasta ruszyliśmy w stronę wybrzeża. Po dotarciu nad morze zatrzymaliśmy się w Trzęsaczu aby zobaczyć słynne ruiny kościoła. Kościół ten powstał prawdopodobnie w XIII wieku i był oddalony od morza o około 2 kilometry. Do naszych czasów zachował się jedynie fragment południowej ściany, resztę zabrało morze. W Trzęsaczu zjedliśmy obiad i ruszyliśmy wzdłuż wybrzeża do Dziwnowa. W Dziwnowie obejrzeliśmy most zwodzony nad Dziwną. Gdy staliśmy na moście obok nas przejechał rowerzysta. Ruszyliśmy za nim, Tomek nadawał szybkie tempo i po chwili go dogoniliśmy. Teraz jechaliśmy we trzech. W czasie jazdy zaczęliśmy rozmawiać kto gdzie jedzie i skąd, wtedy tajemniczy rowerzysta zaprosił nas na gofry. Nie mogliśmy odmówić. W najbliższej miejscowości znaleźliśmy cukiernię. Tam też poznaliśmy się bliżej z Grześkiem z Zielonej Góry który podróżował po wybrzeżu. Teraz na spokojnie mogliśmy porozmawiać o naszych podróżach. Po przerwie ruszyliśmy w dalszą drogę. Tomek cały czas nadawał szybkie tempo. Po paru kilometrach dojechaliśmy do Wolińskiego Parku Narodowego i zaczęły się podjazdy. Tomek odebrał telefon i został z tyłu, Grzesiek pojechał do przodu, a ja nawet nie próbowałam go gonić. Powoli jechaliśmy z Tomkiem pod górę. Grzesiek czekał na nas na górze. Z góry już było łatwiej i tak dojechaliśmy do Międzyzdrojów. Tu rozstaliśmy się z Grześkiem, który pojechał na pole namiotowe, a my pojechaliśmy dalej do Świnoujścia. Po kilku kilometrach byliśmy na miejscu, jeszcze przeprawa promem. Jutro dzień przerwy, po 10 dniach jazdy czas na regenerację…

trzesacz

1k

 

Dzień jedenasty • środa • 17.06.2015r

Dziś nie wsiadamy na rowery. Korzystając z dnia wolnego możemy dłużej pospać, ale nie będziemy spać cały dzień. Przed 11 idziemy zobaczyć Świnoujście. Tomek jest przewodnikiem. Zaczynamy od parku zdrojowego, następnie zwiedzamy Fort Anioła i Fort Zachodni. Dalej wzdłuż Świny idziemy zobaczyć symbol Świnoujścia czyli Stawę Młyny. Jest to znak nawigacyjny zbudowany w latach 1873/74. Od ujścia Świny idziemy plażą do granicy z Niemcami, a do miasta wracamy Promenadą Europa. W centrum zatrzymujemy się na obiad. Po obiedzie idziemy do portu i przez park zdrojowy wracamy na kwaterę. Po południu mamy czas na odpoczynek i nadrobienie zaległości w pisaniu relacji z wyprawy. Jutro ostatni dzień wspólnej jazdy, potem będę zdany tylko na siebie…

stawa

2k

 

Dzień dwunasty • czwartek • 18.06.2015r

W nocy padało i ulice są mokre ale nic to, my jedziemy dalej. Przez park zdrojowy jedziemy do przeprawy promowej. Po przepłynięciu na wyspę Wolin jedziemy ruchliwą drogą do miejscowości Wolin. Tam już mostem przeprawiamy się na stały ląd. Teraz jedziemy boczną drogą podziwiając dojrzewające pola żyta by po paru kilometrach wjechać w gęsty sosnowy las. Droga przez las wije się wąską wstęgą przez kilkanaście kilometrów, aż do Goleniowa. W Goleniowie wita nas wysoka wieża Bramy Wolińskiej, jest to obok kościoła św. Katarzyny jedyna zachowana przedwojenna budowla w mieście. Obecnie w obrębie murów miejskich oprócz Bramy Wolińskiej i kościoła stoją PRL-owskie bloki. Ruszyliśmy dalej w poszukiwaniu obiadu, Tomek wypatrzył w bocznej uliczce lokal z domowymi obiadami. Było smacznie i niedrogo. Z Goleniowa pojechaliśmy do Szczecina. W Szczecinie odwiedziliśmy dworzec kolejowy, Tomek kupił bilet do Warszawy, niestety musi wracać do pracy. Mieliśmy jeszcze dużo czasu do odjazdu pociągu więc pojechaliśmy zobaczyć miasto. Najpierw obejrzeliśmy Wały Chrobrego następnie wjechaliśmy windą na wieżę widokową w kościele pw. Św. Jakuba Apostoła. Po wizycie na wieży zaczęło padać, zrobiliśmy zakupy i wróciliśmy na dworzec. Niestety pociąg Tomka odjeżdża dopiero po 22. Chwilę poczekałem z Tomkiem, ale było już późno a chciałem dziś dojechać jeszcze do Gryfina. Zostawiłem Tomka na dworcu i mimo padającego deszczu pojechałem w dalszą drogę. Ze Szczecina ruszyłem w kierunku granicy z Niemcami. Przed granicą przestało padać. Kilka kilometrów przejechałem po niemieckiej stronie by z powrotem wrócić do Polski mostem zwodzonym na Odrze w Gryfinie. W Gryfinie zrobiłem zakupy i za miastem poszukałem noclegu. Znalazłem ładną łączkę na skraju lasu, to jest dobre miejsce na nocleg…

szczecin

3k

 

Dzień trzynasty • piątek • 19.06.2015r

Poranek był pochmurny, ale nie padało. Szybko ruszyłem w dalszą drogę. Dziś pierwszym przystankiem jest miejscowość Chojna, w której zachowały się fragmenty murów obronnych i dwie bramy. Na chwilę zatrzymałem się przy piętnastowiecznej Bramie Świeckiej. Z Chojny pojechałem do Cedyni i dalej w kierunku Odry do najbardziej wysuniętego na zachód fragmentu Polski. Po dojechaniu do granicy zmieniłem kierunek jazdy na południowo-wschodni co dało ulgę od wiatru. Wzdłuż Odry dojechałem do miejscowości Stare Łysogórki, gdzie zatrzymałem się na obiad. Lokal wyglądał jakby czas zatrzymał się w nim kilkanaście lat temu, ale jedzenie było smaczne. Po obiedzie uzupełniłem zapasy w sklepie po sąsiedzku i ruszyłem dalej. Przez Cedyński Park Krajobrazowy dojechałem do Mieszkowic, gdzie również zachowały się mury obronne. Mury powstały na przełomie XIII i XIV wieku i miały 1650 metrów długości do naszych czasów zachowało się 1500 metrów muru, niestety nie zachowała się żadna z dwóch bram. Na uwagę zasługuje również kościół pw. Przemienienia Pańskiego. Z Mieszkowic pojechałem do Kostrzynia nad Odrą gdzie wjechałem do Niemiec. Po Niemieckiej stronie jechałem wzdłuż Odry szlakiem rowerowym po wale przeciwpowodziowym. Wśród nadodrzańskich łąk po równym asfalcie dojechałem do Frankfurtu nad Odrą, tu wróciłem do Polski. W Słubicach zrobiłam zakupy i ruszyłem w kierunku Krosna Odrzańskiego szukać noclegu. Za miastem, w pobliżu starego terminalu na przejściu granicznym w Świecku, znalazłem dogodne miejsce na nocleg. Na skraju lasu rozbiłem namiot. Byłem tak zmęczony że nawet nie wiem kiedy zasnąłem…

13

4k

 

Dzień czternasty • sobota • 20.06.2015r

Rano było zimno i pochmurno. Nie tracąc czasu wsiadam na rower. Na początku jadę główna drogą, by po kilkunastu kilometrach zjechać na boczną dróżkę, zanosi się na deszcz. Po paru chwilach jestem w miejscowości Połęcko, gdzie muszę poczekać na prom na Odrze. W tym czasie dogania mnie deszczowa chmura, gdy wsiadam na prom zaczyna kropić. Prom dobija do drugiego brzegu, więc zakładam kurtkę i szybko uciekam przed deszczem. Na szczęście deszcz tylko postraszył. Bocznymi drogami dojeżdżam do Gubina, ale nie zatrzymuje się. Za Gubinem pomyliłem drogi ale i tak dojechałem do miejscowości Brody w której znajduje się pałac Brühla. Sam pałac, aktualnie w remoncie, wraz z oficynami i zabudową miasteczka tworzy unikalny układ urbanistyczny. Obecny kształt Brody zawdzięczają Henrykowi von Brühl, który kupił tą miejscowości w 1740 roku. Z Brodów przez Park Krajobrazowy Łuk Mużakowa dojechałem do miejscowości Tuplice. Dalej pojechałem szlakiem rowerowym po nieczynnej linii kolejowej Tuplice – Łęknica. Po dotarciu do Łęknicy od razu pojechałem zobaczyć obowiązkowy punkt wycieczki czyli Park Mużakowski. Jest to ogromne założenie pałacowo-parkowe położone na obu brzegach Nysy Łużyckiej. W skład założenia wchodzą park, zamek stary i nowy, oranżeria, folwark, kilka mostów oraz wiele innych budowli. Wstęp do parku jest bezpłatny. Na terenie parku można poruszać się na rowerze po wyznaczonych alejkach. Gdyby nie późna pora zostałbym jeszcze w parku, ale muszę jeszcze znaleźć nocleg. Dziś będę nocował w Łęknicy…

14

5k

 

Dzień piętnasty • niedziela • 21.06.2015r

Warunki noclegu miałem nie najlepsze, ale spotkałem ciekawych ludzi, którzy też podróżowali po Polsce. Na trasę ruszyłem późno. Przejechałem mostem przez Nysę Łużycką i po niemieckiej stronie jechałem szlakiem rowerowym wzdłuż rzeki. Niemieckie oznaczenia zmyliły mnie, pomyliłem drogę i nadłożyłem parę kilometrów, ale szybko wróciłem na szlak. Teraz bardziej uważam na oznaczenia szlaku. Szlak wije się doliną rzeki przez pola i lasy, czasem tylko wkracza do miasteczek. W ten sposób przejechałem kilkadziesiąt kilometrów. Na wysokości miejscowości Pieńsk wróciłem na polski brzeg Nysy Łużyckiej. Po paru kilometrach dojechałem do Zgorzelca, gdzie zatrzymałem się na obiad. Po obiedzie pokręciłem się po Zgorzelcu, później pojechałem do niemieckiej części miasta czyli do Görlitz. Z Görlitz przez Niemcy pojechałem do Zittau, gdzie na chwilę wróciłem do Polski aby zobaczyć trójstyk granic Polski, Czech i Niemiec. Dalej po czeskiej stronie pojechałem w kierunku Bogatyni. W Bogatyni zrobiłem zakupy i zacząłem szukać miejsca na nocleg. Dojechałem do granicy ale noclegu nie znalazłem. Przejście graniczne jest nieczynne wiec postanowiłem rozbić namiot obok nieużywanych budynków granicznych. Wieczorem policzyłem ze dziś byłem w trzech krajach i sześć razy przekraczałem granicę.

15

3a

 

Dzień szesnasty • poniedziałek • 22.06.2015r

Pierwszą atrakcją dzisiejszego dnia ma być Zamek Czocha, a najkrótsza droga z Bogatyni do Czochy prowadzi przez Czechy. Postanowiłem pojechać na skróty. Wczoraj teren zaczął robić się pagórkowaty, dziś dzień też zaczął się od podjazdu. Przyzwyczajony do Mazowieckich równin nieco obawiałem się gór, ale podjazd nie był wymagający i po chwili zjeżdżałem w kierunku miejscowości Frydlant. Dalej kolejny podjazd i zjazd w kierunku granicy z Polską. Pierwszą miejscowością w Polsce jest Leśna, za Leśną kolejny podjazd, niezbyt długi ale na tyle stromy że szybko zrobiło mi się gorąco. Tak grzejąc się i stygnąc dojechałem do Zamku Czocha. Zamek zbudowany na skalistym brzegu nad rzeką Kwisą powstał w drugiej połowie XIII wieku jako warownia obronna północnej granicy Czech z inicjatywy króla czeskiego Wacława II. Zamek był wielokrotnie przebudowywany, obecnie pełni funkcję hotelową i jest udostępniony zwiedzającym. Po zwiedzaniu zamku ruszam w kierunku miejscowości Gryfów Śląski i dalej do jeziora Pilchowickiego. Jadąc główną drogą przegapiłem skręt w kierunku Pilchowic, ale na mapie znalazłem inną drogę prowadzącą do jeziora. Początkowo wąska asfaltowa droga zmieniła się w szuter, a następnie w ścieżkę którą prowadził szlak pieszy. Szlak prowadził przez gęsty las nad doliną Bobru. Po chwili ścieżka skręciła w dół po kamieniach i korzeniach, miejscami było tak stromo że musiałem prowadzić rower. W dolinie dotarłem do betonowego mostku nad dopływem Bobru rzeczką Kamienicą. Miejsce było bardzo urokliwe, ale raczej na wędrówki piesze, a nie jazdę rowerem z sakwami. Teraz czekał mnie stromy podjazd po skarpie doliny Bobru, chociaż więcej szedłem niż jechałem. Szlak okazał się na tyle nieprzyjazny że miejscami musiałem przenosić rower nad powalonymi drzewami i wdrapywać się po korzeniach i skałach. Przed szczytem skarpy zostawiłem rower i ostatnie kilkanaście metrów po skałkach pokonałem na piechotę. Wysokość od dna doliny do skalnej pułki na jej szczycie to zaledwie kilkadziesiąt metrów. Po pokonaniu tej trasy z rowerem ważącym około pięćdziesiąt kilo byłem cały mokry, ale dla widoku ze szczytu na dolinę Bobru warto było się pomęczyć. Gdy już nacieszyłem się widokiem i odpocząłem, zszedłem do roweru i ruszyłem dalej. Wąska ścieżka powoli zmieniła się w leśną drogę. Dalej jechałem szutrową drogą przez pola i nieduże zabudowania, a następnie z powrotem przez las kamienistym zjazdem w kierunku jeziora Pilchowickiego. Zza kolejnego zakrętu wyłoniła się kamienna bryła zapory spiętrzająca wody rzeki Bóbr. Zapora została wybudowana w latach 1904-1912 po wielokrotnych powodziach nawiedzających te tereny. Wysokość zapory to 62 metry a długość korony to 260 metrów. Uroczystego otwarcia zapory dokonał cesarz Niemiec 16 listopada 1912 roku. Na koronie zapory zrobiłem krótką przerwę na czekoladę, wtedy zaczęło kropić. Na szczęście był to tylko przelotny deszcz i mogłem jechać dalej wzdłuż jeziora. Brukowaną drogą dojechałem do wylotu tunelu w którym biegnie linia kolejowa z Lwówka Śląskiego do Jeleniej Góry również wybudowana na początku XX wieku. Po wylocie z tunelu linia kolejowa poprowadzona jest na wysokim brzegu jeziora gdzie znajduje się mała stacyjka z widokiem na jezioro i zaporę. Następnie tory prowadzą nad wodami jeziora po ogromnym wiadukcie o rozpiętość 120 metrów, a ja jadę dalej drogą, która odbija w lewo wzdłuż odnogi jeziora w kierunku Jeleniej Góry. Przez Jelenią Górę jadę tranzytem bez zatrzymania. Za miastem znowu zaczyna podać, chowam się na przystanku a gdy deszcz zelżał jadę dalej. W Bolkowie mijam górujący nad miastem zamek i skręcam w kierunku miejscowości Dobromierz. Deszcz zaczyna mocniej padać, więc czas szukać noclegu, a do najbliższej miejscowości jeszcze kilkanaście kilometrów. Do Świebodzic dojeżdżam cały mokry. Robię zakupy i szukam noclegu. Trochę to trwa, jeżdżę po mieście w deszczu i szukam bankomatu. Wreszcie jestem na kwaterze. To był długi dzień z mnóstwem atrakcji, teraz czas wysuszyć buty i odpocząć…

16

3b

Dzień siedemnasty • wtorek • 23.06.2015r

Rano niebo wciąż było szczelnie zakryte chmurami. Na szczęście nie padało. Na kwaterze mogłem zostać do 10-tej to się nie spieszyłem z wyjazdem, aż tu nagle zza chmur wyszło słońce. Szybko się spakowałem i ruszyłem w drogę. Dziś też zaczynam dzień od podjazdu, tym razem po szutrze. Po przejechaniu około kilometra i wzniesieniu się o sto metrów dotarłem do pierwszej atrakcji dzisiejszego dnia czyli do zamku Książ. Zamek ma bogatą historią, miał wielu właścicieli i przez wieki był wielokrotnie rozbudowywany. Obecny kształt zamek otrzymał w pierwszej połowie XX wieku. Zwiedzanie ograniczyłem do zobaczenia zamku z Dziedzińca Honorowego. Następnie pojechałem na punkt widokowy z którego widać zamek w całej okazałości. Złożona bryła zamku góruje nad bujne porośniętą doliną a w dole słychać szum rzeki Pełcznicy. W parku otaczającym zamek kwitło mnóstwo różaneczników co dodawało uroku temu miejscu. Zbliża się godzina jedenasta a ja przejechałem dopiero dwa kilometry, czas jechać dalej. Wałbrzych omijam bokiem i jadę w kierunku Głuszycy. Tu czeka mnie spory podjazd, a później długi zjazd. Potem jeszcze jeden podjazd i zjazd w kierunku Kłodzka. W Kłodzku zatrzymałem się na obiad w cieniu górującej nad miastem Twierdzy Kłodzko. Wypogodziło się, ale było niezbyt ciepło i wiał wiatr. Z Kłodzka ruszyłem w kierunku Złotego Stoku. Droga prowadziła pod górę, na szczęście wiatr wiał w plecy z taką siłą, że szybko byłem na szczycie. Dalej napotkałem jeszcze kilka mniejszych podjazdów i długi zjazd do Złotego Stoku. Za Złotym Stokiem teren się wypłaszczył. Teraz jechałem z wiatrem po otwartym terenie, momentami prędkość dochodziła do 40km/h. Kilometrów szybko przybywało. Postanowiłem zjechać z głównej drogi do miejscowości Paczków. Była to dobra decyzja. Paczków okazał się bardzo ciekawym miastem z dobrze zachowanymi murami obronnymi. Wysokie kamienne mury udostępnione są dla zwiedzających. Na mury wchodzi się po drewnianych schodach, które prowadzą do drewnianej galerii, która ciągnie się wzdłuż całego muru. Chętnie bym przenocował na jednej z wież, ale jest jeszcze wcześnie więc ruszam dalej. Wiatr cały czas pomaga mi w jeździe. Jadę wzdłuż jeziora Otmuchowskiego, przejeżdżam przez Otmuchów i jadę w kierunku jeziora Nyskiego. Wiatr sprawił że jestem nad jeziorem wcześniej niż planowałem. Nie ma jeszcze osiemnastej, ale postanowiłem zatrzymać się na tutejszym polu namiotowym. Niestety, warunki okazały się koszmarne. W dodatku sklep był dziś nieczynny i musiałem jechać do oddalonej o kilka kilometrów Nysy po zakupy. Czas który zaoszczędziłem dzięki silnemu wiatrowi straciłem na szukaniu sklepu. Trochę żałuję że nie pojechałem dalej, może znalazłbym lepszy nocleg.

17

4a

Dzień osiemnasty • środa • 24.06.2015r

Rano szybko uciekam z pola namiotowego. Po chwili jestem w Nysie i jadę w kierunku miejscowości Korfantów. Po raz kolejny spotykam dwujęzyczne nazwy miejscowości. Po kilkunastu kilometrach dojechałem do miejscowości Moschen czyli do Moszny. W Mosznej znajduje się zamek, który przed drugą wojną światową należał do rodziny von Tiele Vinckler. Obecny kształt zamku jest zasługą Franza Huberta, który po pożarze zamku w 1896 roku przystąpił do rozbudowy rezydencji. W 1900 roku dobudowano skrzydło wschodnie w stylu neogotyckim wraz z oranżerią, a w latach 1912-1914 powstało skrzydło zachodnie w stylu neorenesansowym. Wśród detali architektonicznych zamku występuje duże zróżnicowanie stylistyczne. Wokół zamku założono park w stylu krajobrazowym. Z Mosznej jadę w kierunku miejscowości Krapkowice i Gogolin. Za Gogolinem dogania mnie szosowiec, siadam mu na koło i przez chwilę się utrzymuję, ale gdy droga zaczyna się wznosić muszę odpuścić. Skręcam w boczną drogę i trafiam na aleję czereśniową. Takie aleje są charakterystycznym elementem krajobrazu Opolszczyzny. W czasach gdy nie znano jeszcze karłowych odmian czereśni, czereśnie o rozłożystych koronach sadzono wzdłuż dróg aby nie marnować cennych pól uprawnych. Pozwoliłem sobie zerwać kilka czereśni, a nawet zabrać trochę na drogę. Z zapasem czereśni ruszam dalej. Kolejna ciekawa miejscowość to Góra Świętej Anny, w której zobaczyłem Bazylikę św. Anny i klasztor franciszkanów, a unikatowy amfiteatr skalny i rezerwat geologiczny zostawiłem na następną wizytę. Góra Świętej Anny jest najwyższym wzniesieniem Wyżyny Śląskiej, ma 404 m n.p.m. Po przerwie ruszam dalej długim zjazdem w kierunku Kędzierzyna-Koźla. Zakłady przemysłowe są znakiem że zbliżam się do województwa śląskiego. Za Raciborzem skręcam na wschód w kierunku Wodzisławia Śląskiego, po drodze mijam nieczynną kopalnię w Pszowie. Na chwilę zatrzymuję się przy Autostradzie Bursztynowej. W krajobrazie dominują hałdy kopalniane, jestem w Jastrzębiu Zdrój. W Jastrzębiu Zdrój mam rodzinę, mam nadzieje że mnie przenocują…

18

1

Dzień wolny • czwartek • 25.06.2015r

Noc spędza u wujka. Po wczorajszym dniu jest tak zmęczony, że nawet nie wie kiedy zasypia. Rano nic go nie goni, ma dzień wolny od jazdy, może dłużej pospać. Wujek zgodził się przenocować go również kolejnej nocy, więc w ciągu dnia wypoczywa i zabawia rozmową rodzinę, z którą dawno się nie widział. Próbuje tradycyjnego śląskiego dania, krupnioku. Nie ulega zatruciu. Wieczorem notuje w swoim podniszczonym moleskinie: „Od kilku dni dostaję smsy i telefony z gratulacjami od osób, które śledzą moją wyprawę. To bardzo pomaga i dodaje sił. Nawet nie myślałem, że tyle osób mi kibicuje.” Zasypia z myślą o kolejnych, cudownych i samotnych dniach przed nim. Taka wyprawa wzmacnia i wzbogaca.

Dzień dwudziesty • piątek • 26.06.2015r

Słoneczny i ciepły poranek zachęcał do jazdy, ale że jestem łakomczuchem najpierw zjadłem wszystkie placki. Ruszyłem późno, bo dopiero po 12-tej. Jadąc przez Jastrzębie przegapiłem skręt na Cieszyn, ale jakoś udało mi się wyjechać z miasta. Na drodze był duży ruch, ale miałem szerokie pobocze, którym mogłem wygodnie jechać.
Szybko dojechałem do Cieszyna, ale nie zatrzymuję się w mieście i jadę dalej w kierunku Ustronia. Tu też się nie zatrzymuję i kontynuuję jazdę do Wisły. Po drodze co chwila wyprzedzają mnie wozy straży pożarnej. Po dojechaniu do Wisły zatrzymuję się pod sklepem, aby uzupełnić zapasy wody. Tam dowiaduję się, że w Istebnej są ćwiczenia straży pożarnej, stąd tyle straży. Za Wisłą droga zaczyna się wznosić. Kończą się zabudowania i jadę dalej przez las. Droga wspina się coraz wyżej. Wreszcie pojawia się coś na co czekałem czyli serpentyny. Droga wije się w górę, a ja spoglądam w dół na drogę, którą jechałem przed chwilą. Po kilkudziesięciu minutach wjechałem na przełęcz Kubalonka. Po drodze mijam jeden z wozów straży pożarnej który odmówił posłuszeństwa na podjeździe. Teraz szybki zjazd do Istebnej. Trwa tam symulowana akcja gaszenia tartaku. Teraz czeka mnie podjazd do Koniakowa. Droga wznosi się na wysokość ponad 800 m n.p.m. Za wsią słynącą z produkcji koronek zatrzymuję się aby podziwiać panoramę Beskidu Śląskiego. Dalsza droga prowadzi już tylko z górki. Przez Lalik jadę do Rajczy, tam wzdłuż rzeki Soły w kierunku Żywca. W Żywcu trwa budowa nowego mostu na Sole, a droga prowadzi objazdem. Na szczęście przeprawiam się przez Sołę po tymczasowej kładce. Jadę nad jezioro Żywieckie na pole namiotowe. Zazwyczaj zakupy robię w ostatnim sklepie jaki mijam przed noclegiem, żeby nie wozić zbyt dużego ciężaru. Tym razem dojechałem na pole namiotowe ale zakupów nie zrobiłem. Rozbiłem namiot i musiałem jechać szukać sklepu. Najbliższy sklep był na stromym wzniesieniu na szczęście bagaże zostały na polu namiotowym więc szybko dotarłem na miejsce. W sklepie kolejna niespodzianka, płatność kartą powyżej dwudziestu złotych. Musiałem coś jeszcze kupić, wziąłem wafle z nadzieniem toffi. Nieco zdenerwowany tym faktem wróciłem na pole namiotowe. Wafle okazały się pyszne i złość szybko mi przeszła. Teraz mogę spokojnie odpocząć przed kolejnym dniem…

20

2

Dzień dwudziesty pierwszy • sobota • 27.06.2015r

Dochodzi godzina dziesiąta, kończę śniadanie, pakuję namiot na bagażnik i ruszam w drogę. Dziś planuję zobaczyć ciekawe miejsce, ale o tym dopiero jak tam dojadę. Jadę boczną drogą przez Gilowice, a następnie drogą wojewódzką w kierunku Suchej Beskidzkiej. Po chwili zjeżdżam z głównej drogi do wsi Krzeszów, gdzie napotykam krótki ale bardzo stromy podjazd. Teraz jadę z górki wzdłuż rzeczki Tarnawki, mijam miejscowości Tarnawa Górna i Dolna. Wreszcie dostrzegam charakterystyczne łuki nowego mostu kolejowego w Zembrzycach. To znak, że dotarłem do głównej atrakcji dzisiejszego dnia. Most, składający się z siedmiu łukowych przęseł wydaje się za duży w porównaniu do rzeki Skawy nad którą jest zbudowany ale jego rozmiar ma uzasadnienie, ponieważ poniżej nowego mostu powstała zapora wodna i niebawem cały ten teren zostanie zalany wodami Skawy. Jadę wzdłuż zachodniego brzegu przyszłego jeziora do miejscowości Skawce. W Skawcach zostały już tylko dwa domy, a po stacji kolejowej i starym moście została tylko sterta gruzu. Spod gruzu i piachu straszy stara droga którą nie przejedzie już żaden samochód. Na chwilę opuszczam dno przyszłego jeziora i jadę nową drogą w kierunku zapory w Świnnej Porębie. Droga prowadzi na wysokich mostach z których rozpościera się widok na przyszłe jezioro. Przy zaporze robię pamiątkowe zdjęcie i wracam tą samą drogą. Szukam drogi którą mógłbym przedostać się na wschodni brzeg. Przedzieram się po dnie przyszłego jeziora, które przypomina krajobraz księżycowy. Przez Skawę przeprawiam się starym mostem który niebawem zostanie zburzony. Po chwili docieram do miejscowości Dąbrówka, w której również powstał nowy most, kolejowy i bliźniaczy drogowy. Wzdłuż wschodniego brzegu ponownie dojeżdżam do nowego mostu w Zembrzycach. Planowałem przenocować na dnie przyszłego jeziora, gdyż to może być ostatnia szansa na nocleg w tym miejscu, ale jest jeszcze wcześnie. Ruszam więc dalej a nad jezioro Mucharskie wrócę, gdy zostanie napełnione wodą. Drogą krajową jadę do Suchej Beskidzkiej i dalej do Makowa Podhalańskiego. Dziś robię zakupy wcześniej, żeby nie zostawiać sklepu na ostatnią chwilę. Skręcam w kierunku Zawoji. Droga wznosi się coraz wyżej. Mijam ostatnie zabudowania i dalej droga prowadzi serpentynami przez las. Wreszcie dotarłem na przełęcz Krowiarki. Jest to jak na razie najwyższy punkt na jaki udało mi się wjechać podczas tej wyprawy. Zaczyna kropić, więc nie tracę czasu i zaczynam zjeżdżać. Po chwili docieram na pole namiotowe, szybko rozbijam namiot zanim zacznie mocniej padać…

21

3

Dzień dwudziesty drugi • niedziela • 28.06.2015r

Całą noc padało. Rano jest mokro i pochmurnie, ale nie przejmuję się tym. Mimo nie najlepszej pogody nie mogę doczekać się kiedy wsiądę na rower. Coś czuję, że dziś będzie ciekawy dzień. Kończę śniadanie i pakuję mokry namiot. O dziewiątej już zjeżdżam z przełęczy Krowiarki. Mijam miejscowości Zubrzyca Górna i Dolna. Asfalt powoli przesycha. W Jabłonce skręcam na krajową siódemkę, a następnie drogą wojewódzką jadę do Czarnego Dunajca i tu skręcam w kierunku Zakopanego. Zaczyna kropić. W Chochołowie zatrzymuję się pod sklepem. Deszcz nie przestaje padać. Uzupełniam płyny i jadę dalej. Po drodze mijam tradycyjną drewnianą zabudowę, niestety pogada nie sprzyja robieniu zdjęć. Droga pnie się w górę. W deszczu powoli pokonuję kolejne wzniesienie aż tu nagle, bez ostrzeżenia, w ciągu kilku sekund schodzi mi całe powietrze z tylnego koła. To miał być ciekawy dzień, ale myślałem o innych atrakcjach. Nic tam, dzień jeszcze młody. W strugach deszczu zaczynam całą procedurę zmiany dętki: sakwy, koło, dętka. Nie pamiętam który to już kapeć, ale nabrałem już wprawy i po kilkunastu minutach mogę jechać dalej. Jeszcze kawałek jadę pod górę a później zjeżdżam do Zakopanego. Wreszcie przestało padać, jednak ulicami miasta płyną strugi wody. Szybko przejeżdżam przez zimową stolicę polski i zaczynam długi podjazd w kierunku Łysej Polany. Znów zaczyna padać. Powoli wspinam się coraz wyżej a wraz ze wzrostem wysokości deszcz przybiera na sile. Na wysokości około 1000 m n.p.m. wjechałem w chmurę. Widziałem najwyżej kilkanaście metrów drogi przed sobą. Kompletnie przemokłem a deszcz nie przestaje padać. Skręcam w kierunku Bukowiny Tatrzańskiej. Woda płynie całą szerokością drogi. Powoli zjeżdżam do Bukowiny. Zatrzymuję się w pierwszej napotkanej karczmie i chowam się pod dachem. Zanim wejdę do środka czekam parę minut aż trochę obeschnę. Niewiele to pomogło. Na szczęście sakwy nie przemokły i mogę założyć suchą bluzę. W butach jeszcze stoi mi woda ale jestem głodny, więc wchodzę do karczmy. Zamawiam rosół i schabowego z ziemniakami i surówką a na deser gorącą czekoladę. W czasie gdy się posilałem przestał padać deszcz. W Bukowinie jestem trzeci raz i za każdym razem łapie mnie tu burza. Po obfitym posiłku czas jechać dalej. Przede mną dwa kilometry zjazdu. Zjeżdżam powoli ale i tak jest mi zimno. Asfalt powoli przesycha a ja jadę w kierunku zapory w Niedzicy. Przed miejscowością Trybsz trafiam na bardzo stromy podjazd ale dalej jest już z górki. Mijam Łapsze Wyżne i Niżne i wreszcie docieram do Niedzicy. Po lewej stronie mijam zaporę i jadę dalej wzdłuż jeziora Sromowieckiego. Po chwili docieram do granicy ze Słowacją. Zatrzymuję się zrobić kilka zdjęć. Nie zdążyłem zrobić jednego zdjęcia i znów zaczyna padać. Na szczęście tym razem był to przelotny deszcz i po kilku minutach jechałem dalej w kierunku Czerwonego Klasztoru. Z Czerwonego Klasztoru do Szczawnicy prowadzi malownicza ścieżka wzdłuż Dunajca. W połowie drogi przystanąłem nacieszyć się widokiem Pienińskiego Parku Narodowego. Ze Szczawnicy przez Krościenko nad Dunajcem pojechałem w kierunku Nowego Sącza. Droga wzdłuż Dunajca prowadziła lekko z górki więc jechało się szybko i przyjemnie. Po kilkunastu kilometrach zjechałem z głównej drogi w kierunku Starego Sącza. W miasteczku zrobiłem zakupy i pojechałem na pole namiotowe oddalone o kilka kilometrów. Na polu okazało się, że miły Pan nie ma wydać reszty i muszę wracać do miasteczka. Z drobnymi wróciłem na pole namiotowe i mogłem wreszcie rozbić namiot. Na campingu spotkałem rodzinę Włochów z Bolonii podróżujących po Polsce kamperem i starsze małżeństwo polaków, którzy również kamperem wracali z Bułgarii. Włosi poczęstowali mnie winem i próbowaliśmy rozmawiać ale bariera językowa nie ułatwiała sprawy. Starszy pan opowiadał mi jak kiedyś razem z żoną podróżowali po Polsce rowerami, teraz ze względu na zdrowie podróżują kamperem. Mimo nie najlepszej pogody, ulewa w Bukowinie była chyba najgorsza w jaką miałem okazję jechać rowerem, moje przeczucie że to będzie ciekawy dzień sprawdziło się.

22

4

Dzień dwudziesty trzeci • poniedziałek • 29.06.2015r

Dziś wstałem wcześniej, mimo to byłem wyspany. Słońce nieśmiało przebijające się przez chmury zachęcało do jazdy. Przed godziną dziewiątą byłem gotowy. Pożegnałem się z poznanymi wczoraj turystami z Włoch i ruszyłem w kierunku Nowego Sącza. Miasto omijam bokiem i jadę główna drogą w kierunku Jasła. Tuż za Nowym Sączem napotykam pierwszy niewielki podjazd, a później następny i następny. Mimo ciekawości co jest za kolejnym wzniesieniem, jedzie mi się źle, a nogi jakby nie chcą się kręcić. Przed miejscowością Grybów chwila oddechu na zjeździe, ale za miejscowością kolejny podjazd. Jedzie mi się tak źle, że na końcu podjazdu postanowiłem się zatrzymać. Czuje się dobrze, ale wyraźnie nogi dziś nie chcą współpracować. Na szczęście ciekawość zwyciężyła i zmusiłem nogi do dalszej pracy. Droga cały czas wiła się raz w górę raz w dół. Za Gorlicami zjechałem z głównej drogi. Cały czas czułem się dobrze i chciałem jechać dalej, ale nogi miały inne zdanie. Znów musiałem się zatrzymać. To bardzo dziwne uczucie gdy chce się jechać ale się nie może. To już czwarty tydzień mojej wyprawy i chyba dopadło mnie zmęczenie. Przysiadłem na przystanku i zacząłem jeść kabanosy. Pomyślałem że już dalej nie pojadę, wtedy zorientowałem się że jestem na polu naftowym. Tuż za przystankiem było mnóstwo dziwnych urządzeń, jakaś wieża, metalowy zbiornik i domek pana który tego wszystkiego pilnował. Wszystko się ruszało i hałasowało. Gdy zjadłem wszystkie kabanosy pomyślałem, że spróbuję jechać dalej. Wsiadłem na rower i powoli ruszyłem przed siebie. Dziwne wrażenie niemocy mnie nie opuszczało ale jechałem dalej, aż dotarłem do Dukli gdzie zatrzymałem się na obiad. Po obiedzie nie poczułem się lepiej, jednak ruszyłem dalej w kierunku granicy ze Słowacją. Na głównej drodze był duży ruch samochodów. Przed granicą skręciłem w kierunku Cisnej, w jednej chwili cały ruch ustał i miałem całą drogę dla siebie. Jechałem przez las i od kilkunastu minut minął mnie tylko jeden motocyklista, wtedy zorientowałem się że nie mam już pieniędzy i nie znajdę żadnego bankomatu a muszę jeszcze zrobić zakupy. Do Cisnej jeszcze daleko, na pewno nie starczy mi wody. Wtedy ku mojemu zdziwieniu w małej wsi znalazłem sklep i bankomat. Uzupełniłem płyny i wypłaciłem trochę gotówki na ewentualny nocleg. Nogi cały czas nie pomagały w jeździe, ale po krótkim odpoczynku ruszyłem dalej. Po kilkunastu kilometrach dojechałem do Komańczy. Tu zobaczyłem drewnianą cerkiew, która została wiernie odbudowana po pożarze w 2006 roku. Nie tracąc czasu ruszam dalej. Podjazdy są coraz dłuższe i wyższe. Po zdobyciu ostatniego wzniesienia mknę w kierunku Cisnej, po drodze mijam stację kolejki wąskotorowej, by po chwili dotrzeć do celu. W Cisnej zatrzymuje się przy pierwszym napotkanym sklepie, robię zakupy i szukam noclegu. Okazuje się, że tuż obok jest pole namiotowe. Na polu namiotowym idę do recepcji. Mój widok wzbudza w biesiadującej grupce ludzi poruszenie. Okazuje się, że widzieli mnie w Dukli i robili zakłady czy dojadę do Cisnej. To był długi i wyczerpujący dzień, czas na odpoczynek.

23

5

Dzień dwudziesty czwarty • wtorek • 30.06.2015r

Mimo spartańskich warunków panujących na polu namiotowym ruszam wypoczęty przed siebie. Jadę wzdłuż rzeki Solinki, by po kilku kilometrach skręcić w kierunku Wetliny. Droga malowniczo wije się doliną rzeki Wetliny, z wolna wznosząc się coraz wyżej. Za miejscowością Wetlina droga wznosi się jeszcze bardziej, to znak że zbliżam się do przełęczy Wyżnej. Tu robię przerwę na podziwianie widoków i krótką sesje zdjęciową. Teraz czeka mnie szybki zjazd serpentynami i kolejny podjazd pod przełęcz Wyżniańską. Stąd już blisko do Ustrzyk Górnych. W Ustrzykach zatrzymuję się na obiad. Pokaźna porcja pierogów zapewni mi energię na kolejne kilometry. W miejscowości Pszczeliny zatrzymuję się pod sklepem. Robię zakupy i przeglądam mapę. Postanowiłem zjechać z asfaltowej drogi i pojechać niebieskim szlakiem rowerowym. Po drodze mijam ciężki sprzęt do wywozu drewna z lasu i retorty do wypalania węgla drzewnego. Dalej wspinam się szutrową drogą by po chwili pędzić w dół i tak jeszcze kilka razy. Na jednym ze zjazdów trochę się zapomniałem, że nie jadę rowerem górskim i przesadziłem z prędkością. Dobiłem tylne koło na kamieniu i od razu wiedziałem co mnie czeka. Kolejna procedura wymiany dętki. Nie mam już zapasowej dętki, ale zostały mi jeszcze łatki. Po kilkunastu minutach mogę jechać dalej. Teraz jadę ostrożniej.Po kilku kilometrach docieram do cywilizacji, czyli do asfaltowej drogi. Dalej jadę wzdłuż Sanu. Mijam miejscowość Chmiel. Po kolejnych kilku kilometrach główna droga skręca w lewo a ja jadę dalej wzdłuż Sanu drogą zakładową, na której obowiązuje zakaz ruchu. Nawierzchnia drogi tylko przypomina asfalt. W większości jest to szuter bądź resztki dziurawego asfaltu. Droga wydaje się zupełnie zapomniana, w dodatku od kilkudziesięciu minut nikogo nie spotkałem. W pewnym momencie bagażnik razem z sakwami spadł mi na koło. Myślałem że znowu się odkręcił, niestety okazało się, że bagażnik się połamał. Z jednej strony złamał się wspornik do którego był zamocowany bagażnik, co nie było problemem bo wystarczyło go skrócić o złamany fragment. Niestety z drugiej strony złamało się ramię bagażnika, a to już większy problem. Ramię bagażnika wykonane jest z aluminiowej rurki. Jako, że akurat nie miałem pod ręką spawarki postanowiłem do naprawy bagażnika wykorzystać zapasową szprychę i izolację, którą kupiłem w Sejnach. Szprychę zgiąłem na trzy razy i włożyłem do złamanej rurki a całość owinąłem izolacją. Niestety bagażnik nie był stabilny i musiałem wzmocnić miejsce złamania, czyli użyć jeszcze jednej szprychy i większej ilości izolacji. Cała operacja naprawy bagażnika zajęła mi kilkadziesiąt minut, ale na szczęście mogłem jechać dalej. Zaczęło się robić późno a do jakiejkolwiek mieściny było jeszcze daleko. Ruszyłem dalej, ale bardzo ostrożnie. Dotarłem do mostu na Sanie, choć był to trochę dziwny most, bo był zamykany szlabanem. Na szczęście szlaban był otwarty. Przeprawiłem się na drugi brzeg i jechałem dalej z biegiem rzeki. Z naprzeciwka nadbiegł samotny turysta, to znak że zbliżam się do cywilizacji. Wreszcie dostrzegłem ośrodek wczasowy i asfalt. Po chwili dojechałem do głównej drogi. Skręcam w lewo, w kierunku Polańczyka. Od razu trafiłem na długi podjazd, ale dalej jest już z górki. W pierwszym napotkanym sklepie robię zakupy i szukam noclegu. W okolicy sklepu nic nie znalazłem wiec jadę dalej. Dojechałem do jeziora Solińskiego. Tu już większy wybór. Znalazłem przyjemny, jednoosobowy pokoik za rozsądną cenę. Dziś będę spał w ludzkich warunkach.

24

6

Dzień dwudziesty piąty • środa • 1.07.2015r

Rano czekała mnie niemiła niespodzianka. Okazało się, że po wczorajszym spotkaniu z kamieniem w dętce jest jeszcze jedna mała dziura i przez noc zeszło powietrze. Najbliższy sklep rowerowy jest w Ustrzykach Dolnych a mi zostały tylko dwie łatki. Chyba za bardzo się spieszyłem i pierwszą łatkę źle przykleiłem. Powietrze nadal schodziło i została mi tylko jedna łatka. Gospodarz u którego nocowałem powiedział że na wsi mają złotą rączkę i w razie czego na pewno mi pomoże, ale wolałem sam uporać się z niesforną dętką. Na szczęście udało się przykleić ostatnią łatkę. Jeszcze wzmocniłem izolacją złamany bagażnik i mogłem ruszać w drogę. Tylko ruszyłem i już musiałem wspinać się pod długi podjazd. Szybko dopadło mnie znajome uczucie niemocy ale pomyślałem, że to dopiero początek dnia i zaraz będzie lepiej. Przemęczyłem się na podjeździe i zaraz dojechałem do Polańczyka. Krótki zjazd i kolejny podjazd. Niestety niemoc mnie nie opuściła. Po chwili zjeżdżam do Soliny. Przy zaporze robię krótką przerwę. Ilość straganów z pamiątkami przy deptaku prowadzącym do zapory jest większa niż ilość domów w całej Solinie. Robię kilka zdjęć i jadę dalej. Jednak jedzie mi się źle. Poniżej zapory zatrzymuje się w sklepie, może jak zjem czekoladę poczuję się lepiej. W sklepie rozmawiam ze sprzedawcą, opowiada mi jak żyje się w Bieszczadach. Po krótkiej rozmowie jadę dalej, niestety czekolada niewiele pomogła. Jadę bocznymi drogami pokonując kolejne podjazdy. Dojeżdżam do głównej drogi w kierunku Ustrzyk. Niemoc mnie nie odpuszcza i kolejny raz zatrzymuje się tym razem na przystanku. Łapię oddech i jadę dalej. Za chwilę będę w Ustrzykach. W mieście jadę do sklepu rowerowego po dętkę i szukam czegoś do jedzenia. Po obiedzie jadę dalej, mijam kwiaciarnię z oryginalną nazwą „Zielono mi”. Wyjeżdżam z miasteczka i jadę w kierunku granicy z Ukrainą. Tuż za ostatnimi zabudowaniami dogania mnie rowerzysta. Pyta gdzie jadę. Opowiadam o swojej wyprawie. Rowerzysta mówi że kiedyś zjeździł całą Polskę na rowerze, a teraz chodzi po wysokich górach i ostatnio wchodził na jakiś siedmiotysięcznik w Nepalu. Później się przedstawia. Okazuje się że jest księdzem, niestety nie zapamiętałem imienia. Przed granicą skręciliśmy w kierunku Przemyśla. Jedziemy jeszcze przez chwilę razem, potem ksiądz zatrzymuje się, a ja jadę dalej. Planowałem pojechać do Krasiczyna ale mam coraz mniej czasu do końca wyprawy. Postanowiłem zostawić Krasiczyn na inną wyprawę i pojechać na skróty przez Arłamów. Przed Arłamowem trafiłem na długi podjazd. Wydawało mi się że jadę strasznie wolno, ale jak dogoniłem dwóch rowerzystów którzy prowadzili rowery pod górę na chwilę poczułem się lepiej. Za Arłamowem zaczął się długi zjazd przez las po nowym asfalcie. Mimo to że jechałem z górki nogi nie chciały się kręcić. Kolejny raz musiałem się zatrzymać. W sklepie kupiłem coś słodkiego i położyłem się na ławce. Nic to nie pomogło i dalej czuję niemoc w nogach, ale nie mam wyjścia, muszę jechać dalej. Za Kalwarią Pacławską trafiam na kolejny długi podjazd. Teraz jadę przez pola i wypatruję na horyzoncie Przemyśla. Jeszcze kilka mniejszych podjazdów, parę wsi i dojadę do celu. Wreszcie jest tablica z nazwą Przemyśl. Dojeżdżam do nowej szerokiej drogi z wydzieloną drogą dla rowerów. Przez chwilę cieszę się równym asfaltem, niestety na skrzyżowaniu były wysokie krawężniki. Na jednym z nich moja łatana dętka nie wytrzymała. Szybka zmiana i mogę jechać dalej. Na szczęście pseudo droga rowerowa szybko się kończy. Dalej jadę przez miasto, jest spory ruch. Robię zakupy i jadę na pole namiotowe. Na miejscu dowiaduję się, że pole namiotowe jest od dawna nieczynne, a najbliższe jest w oddalonym o osiem kilometrów Krasiczynie. Chciałem oszczędzić czas omijając Krasiczyn ale jednak dziś muszę tam pojechać. W Krasiczynie okazuje się, że też nie ma pola namiotowego lub nie mogę go znaleźć. Na szczęście przed Krasiczynem widziałem gospodarstwo agroturystyczne i postanowiłem tam pojechać. Okazało się to dobrym wyborem. Za super cenę dostałem pokój ze wspólną łazienką, do tego gołąbki na kolacje i domowe ciasto na deser.

25

7

Dzień dwudziesty szósty • czwartek • 2.07.2015r

Przez ostatnie dwa dni straciłem dużo czasu na awarie i jeśli chcę zdążyć na niedzielę do domu to muszę się spieszyć. Planowałem zobaczyć Przemyśl ale zostawię go na następny raz. Ruszam przed dziesiąta, na początek krótki zjazd do Przemyśla. Przez miasto przejeżdżam bez zatrzymania. Za Przemyślem teren się wypłaszczył. Słońce świeci coraz wyżej i wieje lekki wiatr w plecy. Jadę po ogromnej równinie i wkoło tylko pola. W Medyce zjeżdżam z głównej drogi i jadę dalej przez pola boczną drogą. Na chwilę zatrzymuję się pod sklepem uzupełnić płyny. Z zapasem wody mogę jechać dalej. W krajobrazie dominują otwarte przestrzenie z rzadka urozmaicone wiejską zabudową i niewielkimi zagajnikami. Po drodze mijam miejscowość Wielkie Oczy by wreszcie dotrzeć do Lubaczowa. Jadę na rynek w poszukiwaniu jakiegoś lokalu gastronomicznego, niestety niczego nie znalazłem. Kręcę się po bocznych uliczkach aż znajduję pizzerie. Ostatnio pizzę jadłem w Tolkmicku. Po obiedzie ruszam dalej. Początkowo wciąż dominują otwarte przestrzenie by stopniowo ustąpić miejsca lasom. Mijam kolejne miejscowości. W Płazowie robię kolejną przerwę pod sklepem. Ruszam dalej, by po chwili dotrzeć do województwa Lubelskiego. W miejscowości Bełżec skręcam na krajową siedemnastkę w kierunku Zamościa. Teren zaczyna się robić lekko pagórkowaty. Zmęczenie zaczyna o sobie przypominać. Powoli zbliżam się do Tomaszowa Lubelskiego. Za miasteczkiem skręcam w kierunku Hrubieszowa. Podjeżdżam jeszcze dwa niewielkie podjazdy i stwierdzam że na dziś już wystarczy jazdy. Zaczynam się rozglądać za noclegiem. Zatrzymuję się na leśnym parkingu. Ogrodzony drewnianym płotkiem parking z ławkami i stolikiem idealnie nadaje się na nocleg. Szykuję kolację i rozbijam namiot. Ruch na drodze jest niewielki i nikt nie zatrzymuje się na moim parkingu. Robi się ciemno i szykuję się do snu. Gdy było już ciemno i prawie zasnąłem na parking wjechał samochód. Grupka młodzieży, trochę zdziwiona widokiem namiotu szybko odjechała. Po kilku minutach podjechał kolejny samochód i wysiadła z niego para. Chwile rozmawiali i też odjechali. Widocznie pokrzyżowałem im plany na wieczór.

26

8

Dzień dwudziesty siódmy • piątek • 3.07.2015r

W nocy nie miałem więcej gości. Mogłem się spokojnie wyspać i wcześniej wstać. Kilka minut po ósmej siedziałem już na rowerze. Do domu jeszcze daleko. Wczoraj nie udało mi się nadrobić zaległości z poprzednich dni, więc dziś też muszę się spieszyć. Początkowo droga prowadzi przez las by po chwili wjechać na otwartą przestrzeń pól uprawnych. Mimo wczesnej pory szybko robi się gorąco. Piję duże ilości płynów, głównie wody. Właśnie skończyło mi się picie więc w miejscowości Rachanie zatrzymałem się przy sklepie. Sam budynek to niczym nie wyróżniający się PRL-owski pawilon pomurowany z białej cegły, mieszczący w swoich wnętrzach sklep spożywczy oraz dział z artykułami rolnymi i ogrodniczymi. Natomiast jego usytuowanie na niewielkim wzniesieniu ze schodami doń prowadzącymi na szczycie których stoją dwie nieregularne kolumny zwieńczone figurami orłów wzbijających się do lotu sprawia wrażenie tajemniczości. W tej niecodziennej scenerii zjadłem drugie śniadanie. Po przerwie ruszam dalej. Słońce świeci coraz mocniej i powoli przybywa kilometrów. Mijam kolejne miejscowości i zbliżam się do Hrubieszowa. W miasteczku kupuję wodę i banany i po krótkiej przerwie jadę dalej. Za Hrubieszowem jadę na wschód. Za miejscowością Zosin docieram do wysuniętego najdalej na wschód miejsca w Polsce. Teraz będę jechał wzdłuż Bugu. Zbliża się pora obiadowa. Myślałem że w Dubience coś zjem, niestety znalazłem tylko sklep spożywczy. Gdy się zatrzymałem poczułem jak jest okropnie gorąco. Dokupiłem wody i ruszyłem dalej. Za pół godziny będę w Dorohusku tam na pewno coś zjem. Po dojechaniu do Dorohuska pytam w sklepie gdzie mogę coś zjeść, ekspedientka radzi mi bym skręcił w stronę przejścia granicznego, tam jest bar. Tak też robię i po chwili zamawiam schabowego. W oczekiwaniu na obiad przyglądam się kolejce samochodów oczekujących na granicy. Kolejka bardzo powoli przesuwała się do przodu. Wreszcie dostałem moje danie. Na pierwszy rzut oka nie wygląda źle, ale jak spróbowałem okazało się że ziemniaki są suche a schabowy jest z gumy. Niewiele udało mi się zjeść. Czekam jeszcze chwile aż naładuj mi się telefon i ruszam dalej. Po wyjściu z klimatyzowanego pomieszczenia mam wrażenie jakbym wszedł do piekarnika. Ruszam czym prędzej, bo w czasie jazdy upał aż tak nie doskwiera. Mozolnie pokonuję kolejne kilometry. Chcę dojechać jak najdalej. Mijam tablicę z informacją że do Włodawy zostało jeszcze trzydzieści kilometrów. To jest mój cel minimum na dziś.
Słońce chylące się ku zachodowi rzuca coraz dłuższe cienie. Wpatrzony we własny cień próbuję bezskutecznie go dogonić. Droga straszliwie się dłuży. Mijam kolejne tablice Włodawa dwadzieścia kilometrów, Włodawa dziesięć kilometrów. Tuż przed Włodawą znalazłem nad Bugiem altankę z miejscem na ognisko, ale miejsce to wydało mi się nieprzyjazne. Na mapie znalazłem nieopodal pole namiotowe, postanowiłem tam pojechać. Po chwili dotarłem nad jezioro Białe. Miejsce, którego nie znałem okazało się tętniącym życiem kurortem ze straganami, bilardem i muzyką disco polo. W centrum kurortu mogę wybierać w noclegach, ale wszędzie jest mnóstwo namiotów i głośna muzyka a ja chcę odpocząć. Jadę wzdłuż brzegu jeziora, może dalej znajdę zaciszne miejsce. Po drugiej stronie znalazłem duże pole namiotowe gdzie stało tylko kilka namiotów, dziś będę tu nocował. Zaczynam szykować się do snu, ale dziś jest piątek i na drugim brzegu jeziora trwa koncert. Myślę sobie, trudno pewnie po dwudziestej drugiej się skończy. Niestety minęła dwudziesta druga a koncert trwa dalej, mija dwudziesta trzecia i nic. Dopiero po północy muzyka ucichła. Gdy wydaje mi się że mam już spokój, z sąsiedniego namiotu dobiega do mnie głośna muzyka. Ktoś próbuje uciszyć towarzystwo, ale w odpowiedzi słyszę tylko „przecież nie jest głośno”. Gdy muzyka trochę przycichła, jakimś cudem udaje mi się zasnąć. Było już dobrze po północy.

27

9

10

koniec – pokonany dystans: 3830,02 KM